piątek, 25 października 2013

MYSTIC ART nr 1(26)/2004

POWRÓT KRÓLA

Glenn Danzig jest jedną z najważniejszych postaci w historii rocka. Był i jest inspiracją dla rzeszy zespołów, od Metallicy począwszy na Behemoth skończywszy. Wydany 30 sierpnia br. Album „Circle Of Snakes” jest bezapelacyjnie jednym z najlepszych w jego dyskografii, zdecydowanie nawiązujący do trzech pierwszych płyt. Bardzo mroczny, surowy i piękny zarazem, to jeden z tych niewielu albumów, na których każdy utwór jest wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Przed Państwem Glenn Danzig, dziś w wyjątkowo dobrym humorze.

Wróciłeś z nowym albumem, na którym słychać reminiscencje trzech pierwszych krążków Danzig, słychać Samhain, a w pewnym momencie nawet Black Sabbath. I to chyba nie przypadek!?
Oczywiście, że nie, ale ta płyta to również sporo nowych elementów w mojej muzyce. Posłuchaj choćby totalnie ciężkiego i mrocznego „SkinCarver”, który do specjalnie typowych utworów Danzig nie należy. Nie da się jednak ukryć, że płyta jest bardzo surowa, tak jeśli chodzi o produkcję, jak i kompozycje. Takie były pierwsze moje albumy. Jeżeli chodzi o Black Sabbath, wiesz, to jeden z najbardziej genialnych zespołów w historii rocka, kocham ich wczesne nagrania. Wyobraź sobie, jak bardzo ciężko brzmieli, gdy wydawali pierwsze płyty! Tak nie grał wówczas nikt. Dla wszystkich był to totalny szok. Chciałem aby jeden z utworów na nowej płycie tak właśnie zabrzmiał, jedynie znacznie ciężej. Każdy kto posłucha „Circle Of Snakes” od razu rozpozna, który to utwór, bo to bardzo oczywiste.

Płyta ma olbrzymią dawkę energii, w każdym utworze czuć tą muzyczną złość, gniew i wkurwienie, które zawsze były twoim znakiem firmowym. Tym razem są spotęgowane dziesięciokrotnie jak bardzo otworzyłeś się na tym albumie?
Wiesz, w pewnym sensie każda płyta jest odzwierciedleniem mojego stanu ducha. Nie tworzę dźwięków, bo mam na nie zamówienie, komponuję, bo mam taką potrzebę, ochotę, zachciankę. Dokładnie tak było w przypadku „Circles Of Snakes”, wiesz, sporo nad tą płytą pracowałem i rzeczywiście, czasami byłem wkurwiony (śmiech). Ale nie odbierz tego opacznie, ta płyta nie jest efektem depresji jakiegoś kolesia (śmiech). To świat, otoczenie, życie, widziane moimi oczyma i moimi uszami. Jednemu się to spodoba, innemu nie. Ani na jednej, ani na drugiej opinii specjalnie mi nie zależy.

A nie zależało ci na mocnej i selektywnej produkcji?
Nie, nie lubię dopieszczonych albumów, gdzie wszystko jest wypolerowane i wygładzone do granic wytrzymałości. Niech produkują takie albumy kapele new metalowe, to rzeczywiście strasznie ambitne. Ludzie znający moją twórczość wiedzą, że nie zabrzmię czysto i selektywnie. Tego możesz być pewien. Nie znaczy to, że nie dbam o produkcję swoich płyt. Nad „Circle Of Snakes” pracowaliśmy bardzo ciężko, jednak zawsze ważniejszy od produkcji i brzmienia, będzie dla mnie feeling, jaki słychać w utworze. Jeżeli za bardzo skupisz się na produkcji, kompozycje mogą stracić swój cały charakter, ducha i uczucie.

Do którego kawałka z płyty zamierzasz nakręcić video?
Właśnie skończyliśmy zdjęcia do tytułowego – „Circle Of Snakes”. To bardzo typowy obraz Danzig, dość mroczny, jestem z niego bardzo zadowolony. Jest w nim tytułowy wąż, są dwie kobiety, które się pożądają. Nie dbam o to jeśli komuś się nie spodoba (śmiech).

Mówiłeś o tym już wielokrotnie, ale muszę spytać raz jeszcze – dlaczego ponownie zmieniłeś skład i nową płytę nagrałeś z nowymi muzykami?
Kiedy założyłem Danzig, wraz z Rickiem Rubinem ustaliliśmy, że zespół nigdy nie będzie miał stałego składu, że będziemy go zmieniać z płyty na płytę. Podobnie robił Ozzy Osbourne. Wiesz, tylko dzięki temu, dzięki nowym muzykom można wciąż być świeżym, w przeciwnym razie wpada się w rutynę. Na początku kariery graliśmy w tym samym składzie zdecydowanie zbyt długo. W pewnym momencie stało się to bardzo męczące i frustrujące. Teraz wracam do swojego oryginalnego konceptu i to się idealnie sprawdza. Choć dla przykładu Tommy Victor, który gra na nowym albumie, grał ze mną trasę promującą „Blackacidevil”. Jest doskonałym gitarzystą, świetnie się rozumiemy, na scenie uzupełniamy się idealnie i tak długo, jak będzie ta chemia, zapewne Tommy pozostanie gitarzystą Danzig. Z kolei Joey Castillo był perkusistą na trzech ostatnich albumach, to dużo. Ostatecznie jednak, zmiany były konieczne, dzięki temu jest w zespole sporo świeżości i nie ma stagnacji.

Czy stały skład rzeczywiście może tak bardzo się wypalić?
Tak, zdecydowanie. Spójrz na Led Zeppelin, ich późniejsza twórczość jest zdecydowanie gorsza, od tego co nagrali na początku kariery. Ludzie po jakimś czasie męczą się sobą, nudzą swoim towarzystwem. Podobnie z Black Sabbath, kiedy reaktywowali się za pierwszym razem, widać było olbrzymią energię w ich poczynaniach, widać było że są nabuzowani, że mają power. Teraz gdy ponownie się reaktywują... hmm, wiesz, to już nie jest to, to jakaś rutyna, w której nie ma cienia magii.

Czy podobnie jest w twoim prywatnym życiu? Dzielenie domu, życia, emocji z tymi samymi ludźmi może stać się frustrujące?
Jest inaczej. Czasami rzeczywiście chcę odpocząć, jednak życie prywatne, to zupełnie coś innego niż gra w zespole, tych dwóch rzeczy nie da się porównać i na pewno nie ma sensu przenosić zasad funkcjonowania zespołu w sferę rodzinną.

Okładka nowego albumu jest świetna, może nieco w stylu Gigera? Jednak logo i tytuł płyty różnią się dość bardzo od tego co widzieliśmy na wszystkich poprzednich płytach Danzig. Powód?
Ok.., okładka z Gigerem kojarzyć się może przez fakt, że są na niej węże. Gość, który namalował okładkę nazywa się Dorian Cleaveger, jest bardzo znany w Stanach, ale jego styl nie ma absolutnie nic wspólnego z Gigerem. Jeżeli chodzi o logo, tak naprawdę na każdej płycie w jakimś stopniu się zmienia. Na „How The Gods Kill” nie było w ogóle loga, tak więc nikt nie powinien być zaskoczony tym, że teraz jest zupełnie inne. To, które znalazło się na „Circle Of Snakes” idealnie pasuje do okładki, wkomponowało się w nią perfekcyjnie... a że jest trochę nieczytelne, kogo to obchodzi? (śmiech)

W przeszłości miałeś ogromne problemy z wytwórniami, wydawałeś w Def American, Nuclear Blast, Spitfire, teraz związałeś się ze szwedzką Regain Records. Co jest nie tak z tym całym muzycznym biznesem?
Na początku pracowałem dla Def American i wszystko wskazywało, że będzie to udana współpraca. Po jakimś czasie okazało się, że Rubin ma ambicje zrobienia wytwórni działającej na tej samej zasadzie, co majors. Nie podobało mi się to, więc jak tylko wywiązałem się z zobowiązań kontraktowych postanowiłem założyć własną wytwórnię Evilive. Od albumu „Satan’s Child” odsprzedaję po prostu licencje wytwórni, która mi w danym momencie odpowiada. W tej chwili w Europie jest to Regain Records, świetnie rozwijająca się wytwórnia, z bardzo profesjonalnym zapleczem. Co ważne, dobrze rozumiem się z jej właścicielem, Perem i wiążę z tą współpracą duże nadzieje.

Regain Records jest już trzecią wytwórnią, z którą współpracujesz w Europie, to sporo jak na trzy albumy.
Dla mnie jest to okay. Widzisz, jeśli jestem niezadowolony z pracy wytwórni – odchodzę. Tak było w przypadku dwóch poprzednich licencjobiorców w Europie. Wiele zespołów zrobić tego nie może, bo mają podpisane idiotyczne umowy, na cztery czy pięć płyt. Nie chciałbym wydawać albumów dla wytwórni, która jest do bani, olewa promocje, kuleje z dystrybucją, a ja nie mogę nic zrobić, nawet odejść. To jest dopiero frustrująca sytuacja. Evilive jest dla mnie rozwiązaniem idealnym i bardzo sobie to cenię.

Wystartowałeś ze swoim objazdowym festiwalem – Blackest Of The Black. Jak rozkręca się ten projekt?
W Ameryce konkurujemy z Ozzfest i największy promotor w tym kraju Clear Channel (który współorganizuje Ozzfest) jest nastawiony negatywnie do festiwalu. Niemniej jednak mamy już potwierdzonych dwadzieścia pięć dat i naprawdę fenomenalny skład. Gościnnie wystąpi Doyle i mam zamiar wykonać z nim wspólnie kilka kawałków. Będzie też Mayhem, uwielbiam ich ostatnią płytę, będzie DevilDriver, Death Angel, którzy się nie tak dawno reaktywowali i nagrali świetny album. To będzie dobry festiwal.

Jest jakaś szansa, że kiedykolwiek zrobisz coś wspólnie z gośćmi z Misfits, oprócz Doyla?
Wiesz, tak naprawdę jedynym gościem, z oryginalnego składu jest Jerry Only i... nie, na pewno nigdy nie zrobimy nic wspólnie (śmiech). Będę natomiast produkował solowy album Doyla.

Od dłuższego czasu nie są dostępne pierwsze albumy Danzig i cała dyskografia Samhain, jakie są szanse aby zostały one wydane ponownie?
Bardzo duża. Rozmawiam właśnie z Regain Records i bardzo możliwe, że wydadzą oni kilka starszych płyt. Jeszcze nie skończyliśmy negocjacji, ale wszystko jest na najlepszej drodze, więc przypuszczam, że w Europie te produkcje pojawią się w okolicach przyszłego roku. A już teraz Regain wyda również moje ostatnie DVD, które nie było w ogóle dostępne w Europie. Wydaliśmy je jedynie w Stanach. Europejskie wydanie będzie zawierało bonusowy utwór.
A czy któryś z tych starszych albumów jest dla ciebie absolutnym numerem jeden?
Nie, teraz już nie (śmiech). Wiesz, napisałem tyle kawałków, wydałem tyle płyt, że trudno byłoby mi wybrać tą najlepszą. W tej chwili koncentruję się na nowym albumie, bardzo go lubię, choć nie będę mówił, że jest to najlepszy album w mojej dyskografii. Każdy jest nim w momencie gdy go słuchasz (śmiech).

A jak w tej chwili traktujesz „Blackacidevil”, dla niektórych fanów wciąż trudny do zaakceptowania?
Jeśli mam być szczerym, to jest to chyba najczęściej słuchany przeze mnie album z całej dyskografii. Jest inny i chyba za to go wciąż cenię.
Od lat zapowiadasz drugą część Black Arii, wciąż jednak cisza.
Przez ostatnie kilka lat nie miałem absolutnie czasu by się tym zająć, choć tak naprawdę cały materiał jest już napisany od jakiś dwóch lat. Mam nadzieję, że niebawem będę się mógł zabrać za nagrywanie, jednak kiedy to nastąpi dokładnie – naprawdę nie wiem. Ostatnio ogłosiłem, że najbliższa trasa Blackest Of The Black może być jedną z ostatnich, przynajmniej na jakiś czas będę chciał zrobić sobie przerwę w koncertowaniu. W przyszłym roku chcę nakręcić swój pierwszy film, poza tym zrobić wreszcie płytę Black Aria, odzyskać prawa do kilku starych rzeczy. To wszystko pochłonie kupę czasu, więc czuję, że muszę zwolnić trochę tempo z koncertami i zrobić sobie małą przerwę.

Zespołu jednak nie rozwiązujesz...?
Eeeemm, nie, po prostu robię sobie bardzo długą przerwę. Nie wiem ile czasu mi to wszystko zajmie, ale dopóki nie skończę tych wszystkich projektów, z Danzigiem raczej nie wrócę. Prawdopodobnie pozostali muzycy będą przez ten czas robić, bo ani nie wystąpią w moim filmie, ani na Black Aria, która jest projektem solowym. Kiedy będę gotowy wrócić na scenę, wówczas pewnie do nich zadzwonię. Ale może to spokojnie zająć kilka lat.
W dyskografii zdecydowanie brakuje koncertowego DVD – kiedy, kiedy, kiedy?
(śmiech) W przyszłym roku na pewno się coś pojawi. Będzie pewnie DVD z teledyskami do albumów cztery, pięć i sześć. Bardzo możliwe, że wydamy też płytę dokumentującą nasze trasy koncertowe, tak naprawdę jest to już zmontowane, jednak z różnych przyczyn nigdy się nie ukazało. Jest tam sporo materiału z Europy, z różnych festiwali, również z Roskilde. Jest nasz ostatni koncert, jaki graliśmy kiedykolwiek w Anglii.

W przeszłości pracowałeś z kilkoma bardzo ważnymi muzykami na rockowej scenie m.in. Royem Orbisonem czy Johnny Cashem. Jak to wspominasz?
Miło. Obydwaj są z tej samej okolicy, obydwaj już nie żyją. Pomimo wielkiej sławy i sukcesu, jaki odnieśli, obydwaj byli niezwykle skromni, świetnie się nam razem pracowało. Mieli niesamowite głosy, doskonałe możliwości wokalne, kiedy siedzieliśmy w pokoju i robiliśmy próbę, ich wokale bez żadnych mikrofonów brzmiały potężnie. To było niesamowite. Poza tym, byłem naprawdę dumny, że chcieli wykonywać moje utwory. To duży honor.

Jak wspomniałeś – obydwaj nie żyją. Czy Glenn Danzig, zwykły śmiertelnik, jak my wszyscy, myśli również o śmierci?
Myślę o niej całe swoje życie (śmiech). Podczas jednej z tras, dwa czy trzy lata temu, trafiłem na rewelacyjną książkę „Death: The Final Stage Of Growth”. Świetnie podchodzi do tematu. Wiesz, wokół śmierci wytworzyło się wiele mitów, każdy ma o niej bardzo dużo do powiedzenia, jednak nikt nie ma pojęcia czym ona tak naprawdę jest. Czy tylko pewnym etapem w naszym życiu, czy jest końcem wszystkiego. Jeśli nie wiesz czym jest śmierć, nie próbuj nigdy wmówić komuś, że wiesz.

Są tacy, którzy bez zmrużenia oka potrafią wyjaśnić tę zagadkę.
Jest wielu durnych ludzi na tym świecie, którzy pieprzą pierdoły. Nie dbam o to i tobie też nie radzę (śmiech).

Ale słuchasz muzyki – jakiej ostatnimi czasy?
Aaaam, dużo związanej z kulturą VooDoo, bo o tym będzie mój film. Jeśli chodzi o metal, podoba mi się nowy Mayhem, co jeszcze... czekam bardzo na nowy Marduk, również Behemoth. Bardzo lubię poprzedni album Behemoth „Zos Kia Cultus”, to świetna płyta.

Lubisz black metal?
Tylko niektóre zespoły. Jak w każdym gatunku, także i w black metalu jest kupa gówna, którego nie trawię. Ale to już kwestia gustu, nie wszystkim podoba się to, co ja lubię, mi nie podobają się wszystkie zespołu, o których dobrze pisze prasa. Jestem bardzo wybiórczy.

Jednym z zespołów, które były zainspirowane twoją twórczością była Metallica. Jak ty oceniasz ich ostatnie dokonania?
Szczerze – myślę, że nie ma większego znaczenia to, co ja myślę. To zupełnie inni ludzie niż w latach osiemdziesiątych. Nie utrzymujemy kontaktów.

Mili olbrzymie problemy personalne, alkoholowe, narkotykowe. Czy tak trudno jest poradzić sobie ze sławą, sukcesem?
Nie sądzę. Wiesz, problemy można mieć ze wszystkim, równie dobrze będąc kucharzem, czy sprzedawcą gazet. Jeżeli wszedłeś już do tego biznesu, zostałeś muzykiem, nie narzekaj! Walcz. Jeśli ci się to nie podoba – zacznij robić coś innego! Tak jest we wszystkich dziedzinach życia, nikomu nie jest lekko – najłatwiej jest jednak narzekać i jęczeć. Tak robią nieudacznicy. Jeżeli chodzi o uzależnienie – to czysta esencja życia. Są ludzie, którzy nigdy nie otarli się o showbiznes, a mimo wszystko są narkomanami albo alkoholikami. Swoich słabości nie można tłumaczyć tym czy innym zawodem, bo tak naprawdę niezależnie od tego, co byś w życiu robił, jeśli będziesz słaby, zawsze możesz wszystko spieprzyć. To bardzo proste.

Michał Wardzała

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz